Kryzys gospodarczy 2008 r. a problem kredytów frankowych
W 2001 r. na nowojorskiej giełdzie pękła bańka spekulacyjna spółek technologicznych („dot-com bubble”). Stany Zjednoczone stanęły na krawędzi recesji, panowała wysoka inflacja i w związku z tym relatywnie wysokie stopy procentowe (6,5%), a jednocześnie administracja G. W. Busha po ataku na WTC potrzebowała poparcia społecznego na wojnę z Al-Kaidą. Gospodarkę pobudzić miał plan obniżenia stóp procentowych (stopniowo do 1%) w celu realizacji jednej z obietnic wyborczych, iż każdy ma prawo do swojego mieszkania. Udzielano zatem „kredytów subprime” (wysokiego ryzyka) dla osób, które skrótowo w historii nazwano „NINJA” („No Income, No Job or Assets”, czyli bez dochodów, bez pracy, bez aktywów).
Zbiegło się w to w czasie (co zresztą jest naturalną koleją rzeczy w takich warunkach) z boomem na rynku nieruchomości. Doszło zatem do sytuacji, że kredyty otrzymywały osoby, które nie były w stanie ich spłacić, w dodatku na przesadnie wycenione nieruchomości. Banki problem lekceważyły, gdyż niespłacone kredyty umieszczały w „paczki”, tworząc z nich instrumenty finansowe, skupowane przez fundusze sekurytyzacyjne. Wraz ze wzrostem liczby niespłaconych kredytów, rynek zaczął wyceniać obligacje sekurytyzacyjne jako bezwartościowe. To spowodowało, że banki amerykańskie stały się niewypłacalne. Najgłośniejszą upadłością z tego okresu była banku Lehman Brothers, banku o 150-letniej historii. Zagroziło to upadkiem całego amerykańskiego systemu monetarnego. Oceniono, że banki są „zbyt wielkie, żeby upaść”. FED (amer. bank centralny), bez żadnej kontroli ani aprobaty rządu USA, podjął zatem decyzję o przyznaniu 16 bln USD (równowartość ówczesnego rocznego PKB USA) największym bankom z USA, Europy i Japonii, co na jaw wyszło dopiero w trakcie przesłuchań przed Kongresem w 2010 r.
Równolegle w Europie utworzono strefę euro, wspólny blok monetarny. Nowa waluta zniosła stare waluty, ale nie zniosła odmiennych mentalności i różnic w kulturze zarządzania. Kraje północy Europy od dekad prowadziły ostrożną politykę monetarną, wobec czego cieszyły się niskimi stopami procentowymi i silną walutą. Obywatele krajów z południa Europy (Grecja, Hiszpania, Włochy, Portugalia), przyzwyczajone z kolei były do słabej waluty i wysokich, nawet kilkunastoprocentowych stóp procentowych. W tych krajach uprzednio, aby zakupić nieruchomość lub samochód, oszczędzano i gromadzono kapitał, co zmniejszało popyt na nieruchomości i były one przez to tańsze. Unifikacja walutowa sprawiła, że w krótkim czasie zaproponowano krajom Południa „tani pieniądz”, czyli oprocentowanie kredytów dużo niższe, aniżeli byli do tego przyzwyczajone. Zaciągano zatem masowo kredyty hipoteczne wyjściowo o niskiej stopie procentowej, coraz wyższej marży bankowej (wzrastający popyt) na nieruchomości, których wartość się w krótkim czasie podwoiła (wzrost popytu). W dodatku banki udzielały kredytów osobom o niskiej zdolności kredytowej. Ten stan rzeczy nie mógł długo się utrzymywać. Wraz ze wzrostem stóp procentowych, spadły również ceny nieruchomości, a marże pozostały te same. Skutkowało to niewypłacalnością kredytobiorców na masową skalę i brakiem możliwości pełnego zaspokojenia się banków z nieruchomości. Na domiar złego zjawisku temu towarzyszyło zadłużanie się państw Południa na realizację pakietów socjalnych. Z czasem stało się jasne, że zadłużenie jest zbyt duże, żeby mogło być spłacone. I to uderzało również w banki francuskie i niemieckie, które były wierzycielami. W takiej sytuacji są dwie możliwości: 1) pozwolić niewypłacalnym upaść, co oznacza krótką, lecz intensywną recesję; albo 2) zdewaluować dług poprzez wywołanie inflacji (ukryty podatek, który zapłacą wszyscy), czyli zapłatę długu przez dodrukowany pieniądz. Niemcy i Europejski Bank Centralny zdecydowały się na to drugie rozwiązanie, lecz to pociągnąć musiało za sobą osłabienie euro i koniec marzeń o silnej walucie. Niemniej widmo upadku strefy euro i powrotu do krajowych walut jawiło się na horyzoncie.
Osłabienie euro a wzmocnienie franka. Kryzys dotyczył nie tylko USA czy Unii Europejskiej, ale również Japonii, która przeżywała recesję oraz Chin, gdzie zaczęła pękać bańka na rynku nieruchomości. Kapitał inwestorów oraz spekulantów poszukiwał zatem miejsca do bezpiecznego ulokowania, którym okazał się frank szwajcarski, określana wówczas jako waluta „safe haven” („bezpieczna przystań”) z uwagi na swą „stabilność”. Kapitał rozpoczął też migrację z „emerging markets” („rynki wschodzące”), takich jak Polska, z uwagi na wysoką chwiejność. Dodać do tego należy udzielanie kredytów denominowanych/indeksowanych do franka w Europie Środkowo-Wschodniej. Wszystko to wpłynęło na skokowy wzrost zapotrzebowania na CHF, a tym samym wzrost jego wartości. Wzmocnienie franka uderzało jednak w dwie grupy interesów: szwajcarskich przedsiębiorców-eksporterów (zbyt silna waluta rodzima uderza w zyski z eksportu) oraz banków centralnych innych państw. Po fali nacisków SNB (Szwajcarski Bank Narodowy) podjął w 2011 r. decyzję o powiązaniu kursu franka z kursem euro w relacji 0,83 CHF/EUR, czyli 1,2 EUR/CHF i rozpoczął masowy dodruk CHF. Dodatkowo określił negatywne stopy procentowe na poziomie -0,75% (tj. banki kazały sobie płacić za trzymanie u nich waluty). Wszystko to celem osłabienia własnej waluty. Sytuacja uległa diametralnej zmianie dnia 15 stycznia 2015 r., który zapisał się w historii jako „czarny czwartek”, słynny „frankogeddon”, czyli dzień, w którym SNB bez wcześniejszej zapowiedzi uwolnił kurs franka w stosunku do euro. Ta jedna informacja wystarczyła, żeby tego dnia, w ciągu ok. 2h, między 8.00 a 10.00, frank poszybował o kilkadziesiąt procent w górę (z 3,55 zł do 4,28 zł) i by dług kredytobiorców frankowych wzrósł o kilkaset tysięcy złotych.
Podsumowując, kryzys finansowy z początku XXI wieku ukazał złożoność globalnych powiązań ekonomicznych i skutki podejmowania ryzykownych decyzji finansowych. Zarówno w USA, jak i Europie, błędne strategie kredytowe oraz brak odpowiednich regulacji ze strony sektora bankowego doprowadziły do poważnych załamań rynkowych. Było to w dużej mierze wynikiem działań banków, które często lekceważyły zasady odpowiedzialnego zarządzania ryzykiem w pogoni za zyskami. Polski rynek nie był odporny na te zawirowania, a kredytobiorcy frankowi stali się ofiarami sytuacji, na którą nie mieli wpływu.

Dodaj komentarz